Matka Programistka: programowanie i dzieci, wynurzenia prawdziwe

Temat tego postu jest tyleż skomplikowany i długi, co i prosty i jednoznaczny. Jeśli spodziewasz się „lajfhaków” to raczej ich nie będzie, bo droga jest tylko jedna: pracować, pracować i pracować. Mogę jednak odsłonić się ze swoich ran i triumfów, być może ustrzeże Cię to przez moimi błędami albo doda odwagi do przejścia przez kryzysy, które są nieuniknione. Tak, jak nieunikniony jest sukces.

I przy tym sukcesie zatrzymajmy się przez moment, bo to dla wielu z nas jest nieoczywiste, więc powtórzę: sukces jest nieunikniony, jeśli nie poddamy się zwątpieniu. Kryzysy przychodzą różne i przychodzić będą, trzeba jednak wysiłki koncentrować na sukcesie, nie na kryzysach. A jak konkretnie, to będę tu pisać i mówić jeszcze nie raz – zostań z nami na dłuzej! Dzisiaj o łączeniu rodziny, dużej rodziny i programowania.

Kiedy urodziłam najstarszego syna, w Wigilię 2011 roku, kończyłam właśnie studia. Mąż pracował już od kilku miesięcy a ja kilka miesięcy zajmowałam się byciem w ciąży. Miałam już doświadczenie produkcyjne w programowaniu, bo pierwsze zlecenia brałam jeszcze na studiach (za małe pieniądze i zdalnie), ale nie miałam odwagi szukać pracy z ciążowym brzuchem, „bo kto weźmie matkę na programistkę?”. Myślę, że to był błąd. Są przecież projekty bez deathline, które można dłubać dłużej, są ludzie, którzy potrzebują „coś” zrobić, a nie potrzebują na już.

Po narodzinach Antka szybko znalazłam się w drugiej ciąży – Zosia urodziła się niecały rok później od brata, w połowie grudnia 2012 roku. W tamtym czasie każdą chwilę snu Antka, chwile, gdy on się bawił sam, wykorzystywałam na naukę Yii Frameworka, bo to on wydawał się najprostszy. Pisałam w nim wtedy swoją pracę inżynierską. Na spotkania z promotorką szłam z dzieckiem i drugim w brzuchu. Wyżej ceniłam kawałek kodu niż umyte okna. Do dziś nie mam w nich firanek – nie muszę prać i wieszać ich regularnie. Nauczyłam się olewać uwagi na temat „co kobieta w domu powinna, jak mąż zarabia pieniądze”. Mąż świetnie gotuje, więc często przychodził i gotował dopiero na wieczór, nie stanowiło to dla niego nigdy problemu. Problem miała część naszej rodziny, bo jak to – ona „siedzi w domu i jeszcze on nie dostaje obiadu pod nos, jak przychodzi”. No nie dostawał. Przynajmniej nie zawsze dostawał.

Gdy urodziła się Zosia, czasu było mniej i mniej się uczyłam. Starałam się zawsze chociaż kawałek książki przeczytać i chociaż nauczyć się teorii, kodować było trudniej. Nie mogłam już pracować wieczoro-nocami, Zosia miała kolki, ciągle płakała. Ja z nią wiele, wiele razy też.

Gdy kolki przeszły, nawiązałam współpracę z programistą, który podzlecał mi niewielkie zadania w serwisach, którymi się zajmował. Pracowali w Yii 🙂 Korzystałam z timera, na podstawie którego obliczaliśmy comiesięczną wypłatę – miałam stawkę godzinową. Zaczęły płynąć pieniądze, chociaż jeszcze wtedy niezbyt duże. Byłam bardzo zmęczona. Dom nadal nie był odpucowany i chyba za mało bawiłam się z dziećmi. Tak mi się teraz wydaje. Priorytetem zawsze była inwestycja w umiejętności i to, by nie przestawać się uczyć, ale ciągle bałam się, że robię za mało.

Tamten czas wspominam jako jeden wielki kryzys. Wszędzie zabawki, coś wywalone albo niedosprzątane. Chciałam wtedy nauczyć się robić poradniki video, nawet nakręciłam jakiś poradnik do gry, w którą wtedy grywałam, wisi jeszcze na youtube, w tle słychać dzieci. Myślałam potem, że nagram też kurs tworzenia stron, ale niedoczas okazał się silniejszy. Upadł kolejny mój projekt, dzieci zabrały za dużo energii.

To był moment, w którym bardzo się już bałam, że utknęłam w domu na zawsze. Minęły dwa lata od ukończenia studiów, mąż zaczął być zawodowo już dość silny i pewny siebie, kolejnym kolegom zmieniały się stanowiska na poważniejsze, zostawali liderami, seniorami, a ja jeszcze nie pracowałam. Rodzina zaczęła ze mną rozmawiać tak, jakbym miała już zawsze „być przy mężu”, a i ja sama nigdy nie traktowałam poważnie projektów, które robiłam dla siebie, bo żaden z nich ostatecznie nie osiągnął sukcesu – albo nie udawało mi się ich skończyć, albo nie byłam zadowolona z ich jakości. Zlecenia, które wtedy brałam, wydawały się małe i nieznaczące. Czułam się zmęczona, głupia i bardzo podirytowana. Każda pierdoła mnie, oazę spokoju i opanowania, wyprowadzała z równowagi. Było czarno.

Oczywiście teraz, z perspektywy, widzę ile pracy wykonałam przez te dwa lata, nieustannie dbając o swoje umiejętności i o to, żeby nie przestawać pracować nad sobą. To prawda, że nie zarabiałam pieniędzy, że dom nie był prowadzony jakoś specjalnie dobrze, ale ja w tym wszystkim zachowałam wewnętrzną dyscyplinę trwania w uczeniu się i szukania możliwości zrobienia czegoś zawodowo. Nie wiedziałam jak możliwe jest pójście do pracy z dwójką małych dzieci, bez większych szans na żłobek (kolejki do żłobków w Krakowie są na kilkaset dzieci, a przyjmują trzydzieścioro). Nie było nas stać na nianię, Babcie daleko. Wydawało się, że to już naprawdę ślepa uliczka.

Dominik pojechał wtedy w delegacje na tydzień czy dwa, już nie pamiętam. Jak go nie było, nie miałam zbyt wiele możliwości uczenia się – czas wieczorem spędzaliśmy na Skype, dzień zabierały dzieci i dom. Dominika chcieli zatrzymać dłużej, więc utargowaliśmy dodatkowe pieniądze, które pozwoliły mi wynająć nianię na dwa tygodnie. Ona odsprzątała dom, zajmowała się dziećmi i gotowała, chociaż prosiłam ją tylko o zajmowanie się dziećmi. Ja w tym czasie wyssałam z programisty, z którym współpracowałam, wszystkie projekty, jakie tylko miał i mógł mi dać. Okazało się, że nie ma dość pracy, żebym mogła pracować dla niego na pełen etat. Trochę odpoczęłam psychicznie od domu, odłożyliśmy pieniądze, które pozwoliły nam zatrudnić nianię na stałe podczas, gdy ja zaczęłam szukać pracy. Pierwszy raz.

I tutaj nagle fanfary!

Wielkim moim zaskoczeniem było, gdy po tym „nic nie zrobiłam, tyle, że trochę czytałam, żeby nie wypaść z zawodu”, po prostu dostałam pracę. I nigdy nie pracowałam na stanowisku juniorskim – moja wiedza od razu pozwalała wskoczyć na mida. Jak teraz o tym myślę, wydaje mi się, że nie trzeba się tak spinać i bać o swoje zawodowe losy, jeśli naprawdę szczerze robi się wszystko, co tylko w swoim aktualnym położeniu zrobić można. Nie czytałam wtedy książek innych niż programistyczne, czas wolny spędzałam na kodzeniu, czasem szarpałam godzinę snu, żeby coś zrobić. Ciągle czułam pędzący niedoczas i to, że muszę się uczyć, muszę czytać, muszę coś kodzić, bo inaczej nic z tego nie będzie, bo inaczej wypadnę. Myślę, że było to pokłosie tego, co mi kolega w liceum powiedział, że programują tylko tacy, którzy są tym mega mocno zainteresowani. Dzisiaj wiem, że to nieprawda. Nie musi być „mega mocno”, ale zainteresowanym trzeba być, uczciwie pracującym trzeba być.

Z przesytu do tęsknoty

Chodziłam do pracy, dojeżdżając codziennie koło godziny w jedną stronę. Gdy oboje rodzice wychodzą z domu, a z dziećmi zostaje niania, po jakimś czasie okazuje się, że dzieci prawie nie znamy. Przynajmniej ja takie wrażenie zaczęłam odnosić. To zupełnie drugi biegun w stosunku do tego, jak parę miesięcy wcześniej uciekałam z domu do pracy. Myślę, że ta huśtawka też może być bardziej powszechna niż tylko moja – być z nimi ciągle źle, być z nimi mało, też niedobrze.

Gdzie te triumfy?

Obiecałam rany i trumfy, a głównie mówię o ranach i wątpliwościach. Myślę, że początki były ich pełne. Przestałam wtedy rozmawiać z rodziną i tłumaczyć jakie mam plany i w co lokuję siły, i tak było dla nich najważniejsze, że podłoga nieumyta, firanki nie widzą, a ja nie pracuję. Ścieżka programisty w ogóle wymyka się z klasycznych pojęć sukcesu zawodowego: stała, stabilna praca, na etacie, jeden pracodawca, dobra pensja, podwyżka co rok, najlepiej budżetówka. No nie. Dla mnie triumfem była praca zdalna. To był pierwszy raz, gdy czułam prawdziwą satysfakcję. Po kilku miesiącach pracy w biurze, dostałam pracę zdalną na pełnym etacie. Praca była, nie brakowało jej, płacono mi za obecność i gotowość, więc i nie było możliwości pustych godzin. Dzieci bawiły się obok z nianią, miałam wiedzę o tym, kim są i co robią. Czasem zachodziłam do nich przytulić, parę słów powiedzieć. Zaczęła się sielanka. Poczułam, że programowanie może oznaczać wolność wyboru. Można wyjechać na wioskę na mazurach i żyć z krakowskiej pensji. Nigdy tego nie zrobiliśmy i nie zrobimy, ale to temat na inną opowieść, dlaczego.

Trzecie dziecko

Kiedy byłam w ciąży z trzecim dzieckiem – Tomek urodził się 3 lata po Zosi, też w grudniu, pracowałam do końca. Byłam już po terminie, kiedy postanowiłam odejść w końcu na urlop. Praca zdalna dała mi tę możliwość. Antek i Zosia w międzyczasie poszli do przedszkola, więc mój dom był wtedy zupełnie cichym biurem 🙂 Tomek miał zalednie 3 miesiące, gdy wróciłam do pracy. Zajęła się nim niania, my ogarnialiśmy odprowadzanie do przedszkola i przyprowadzanie starszych dzieci. Dało się zrobić.

Dzieci w przedszkolu i z nianią, my w pracy po 8h każde

Półtora roku takiego życia nauczyło nas, że tydzień bardzo szybko mija. Trudno bardzo douczyć się czegoś po godzinach, bo ten czas zabierały dzieciaki – musiałam zintensyfikować uczenie się w pracy. Bardzo starannie dobieraliśmy oboje zawsze firmy tak, żeby jak najwięcej się uczyć, żeby mieć kod produkcyjny jak najlepszej jakości, żeby współpracować ze specjalistami lepszymi od siebie. To dawało dobre rezultaty.

Praca programisty to ciągła nauka. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, niech sobie odpuści.

Wszystko dobrze się układało, ale mieliśmy poczucie niedosytu bycia rodziną. Dzień wyglądał tak, że wstawaliśmy rano, Dominik odprowadzał dzieci i szedł do pracy, przychodziła niania i ja siadałam do pracy. Popołudniu ja szłam po dzieci, wracałam z nimi, niania szła do domu, Dominik wracał koło 18-19 i mieliśmy godzinę bycia razem. I to nie była dobra godzina, dzieci szalały, a my się denerwowaliśmy. Może dało się to zrobić lepiej, ale nie sądzę.

Czwarte dziecko

Łucja urodziła się w lipcu 2017 roku. Tomek miał półtora roku. Postanowiliśmy, że pójdę na uczciwy urlop wychowawczy. Wzięliśmy dzieci z przedszkola i żłobka. Antek jest w zerówce i oficjalnie jest uczeniem edukacji domowej, a ja go uczę (czytaj: Co to jest edukacja domowa?). I uczę siebie samą na okrągło. Przez ostatnie miesiące zaczęłam pisać aplikację w Symfony, nauczywszy się frameworka wieczorami. Tym razem projekt opublikuję i liczę, że jednak wypali. Dedykowany jest uczniom i rodzicom edukacji domowej.

Czyli jak to się robi?

Myślę, że żeby połączyć dzieci i programowanie, trzeba mieć programistyczne podejście do życia – ciągle analizować, szukać optymalnych rozwiązań, nie bać się testować pomysłów, mieć niebanalne podejście. Chodzi o to, że nie znamy nikogo, kto żyje podobnie jak my – wielodzietność, edukacja domowa, praca zdalna, ciągle dokształcanie się, wszystkie dzieci małe. Tutaj nie ma znaczenia czego ja się boję, ani co powiedzią inni. Tutaj jest task i trzeba go zbić.

Jeśli jesteś mamą na urlopie wychowawczym i nie chcesz wracać do korpo, przeczytaj ze zrozumieniem książkę o programowaniu albo zrób kurs online. Nie myśl o niczym poza sprawami technicznymi, jeśli o programowanie chodzi. Zastanawianie się, czy dasz radę, czy to trudne, czy się do tego nadajesz, zupełnie nie ma znacznia i pochłania dużo energii, a tej i tak Ci ciągle brakuje, bo masz dziecko / dzieci i masz prawo być zmęczona. Ważne jest, żebyś wciskała czytanie / kodzenie w każdą wolną chwilę. Czasem to będzie godzina w tygodniu, a czasem uda się, że 20h (ale to rzadkość..).

Być może się nie wyśpisz tak, jakbyś chciała.

Może trzeba wyłączyć telewizor albo odciąć youtuba.

Może nie zrobisz czegoś, co zawsze robiłaś – np. nie wymyjesz kafelków w łazience w tym miesiącu. Oszacuj priorytety i wykonuj rzeczy od tych najważniejszych. Mąż też wiele zrobi w domu.. jeśli mu pozwolisz.

Nie bój się. Nie wahaj się. I stosuj zasadę św. Ignacego Loyoli – jak podjęłaś decyzję w dobrym, spokojnym, normalnym czasie, to w czasie kryzysu ani w czasie euforii jej nie zmieniaj. Decyzje należy podejmować w szarości dnia codziennego, na sucho, a potem się ich tylko trzymać.

Jeśli uczysz się i wydaje Ci się to za trudne, zmień nauczyciela albo sposób nauki albo jedno i drugie. Programowanie jest dla każdego. Warunkiem jest determinacja i motywacja, nic innego. Każdy, kto mówi, że ktoś jest na programowanie za głupi SAM JEST GŁUPI, o!

Jeśli interesuje Cię nauka programowania w PHPie, daj znać. Zbieram grupę na kurs od podstaw. Zostaw mi tutaj komentarz pod postem, odezwę się, gdy będzie grupa i dam znać, co dalej. Warto programować, warto myśleć o sobie, warto odnieść sukces.

Post Scriptum

Dziecko w chuście pozostawia ręce wolne na kodzenie. Albo na selfi.

Post post scriptum

Puszczanie dziecku bajek pozwala je zająć na jakiś czas, ale nie jest to dla niego zdrowe. Lepiej poświęcić więcej czasu na dobranie zajmujących zabawek, rozwijających i nauczyć dziecko z nich korzystać.

Post post post scriptum

Dwoje dzieci daje szansę na to, że się sobą zajmą. Czwórka daje wręcz gwarancję, że tak będzie. Oczywiście nie non-stop, ale jakiś czas owszem. Starsze może zrobić coś do picia albo do jedzenia młodszemu. Oczywiście, jak go wcześniej tego nauczysz i jak dasz dzieciom samodzielność i zaufanie. Ale to są już tematy innego mojego bloga – tego w którym wiecej jest dzieci, a nie ma programowania.

Podziel się swoją historią w komentarzu albo prześlij mi ją w wiadomości prywatnej – znajdziesz mnie tutaj.
Prześlij link do tego wpisu komuś bliskiemu, albo udostępnij na swojej tablicy – Ciebie to nic nie kosztuje, a dla mnie to jedyny sposób na dotarcie do wielu osób.

Otwarty kurs programowania dla Ciebie!

W ramach urlopu macierzyńskiego z czwartym moim dzieckiem, prowadzę darmowy kurs PHP dla mam i nie tylko. Kurs jest mailingowy, z możliwym mentoringiem via mail (też za free), więc jeśli chcesz coś zacząć, jeśli gotowa jesteś na pracę i wysiłek i zechcesz przyjąć moją darmową pomoc zapraszam Cię serdecznie do zapisu, formularz poniżej.

Wierzę, że wiedza jest dla nas wszystkich i powinna być za free. Tylko tak zmienimy świat na lepsze 🙂

12 thoughts on “Matka Programistka: programowanie i dzieci, wynurzenia prawdziwe

  1. Wow niezła historia! Dużo inspiracji i widzę u Ciebie te same motywy, które kierują mną, chociaż ja jestem dopiero na początku drogi i sobie kodzę, jak dwójka dzieci pozwoli. Moim celem jest pracować zdalnie i być przy dzieciach jednocześnie. Ps. Czekam na aplikację bo uczę domowo synów j.polskiego i bardzo by nam się przydało. Jakiś system kalendarzowo-powiadamiający z materiałami z e-podrecznika, atrakcyjny dla nastolatka. Już się zgłaszam do testów! Serdeczności! ?

    1. Cześć Kasiu, witaj i dziękuję za komentarz! Cudownie czytać Twoje miłe słowa! 🙂
      Co do apki, mam na nią trochę inny pomysł, ale i Tobie mógłby się on przydać, jak tak patrzę na projekt spotkań Polek w Kanadzie.

      Czytając Twój komentarz, myślałam, że „jesteś na początku drogi”, a potem zobaczyłam Twoją pracę i widzę, że to wcale nie jest początek!

      Pozdrawiam i trzymam kciuki za Ciebie! Świetną robotę robisz!

  2. Świetny tekst! Jestem pod wrażeniem 😉

    Kiedyś zastanawiałam się jak wygląda łączenie macierzyństwa z czymkolwiek co dotyczy rozwoju własnego. Niestety odpowiedzi jakie dostawałam wbijały mnie w coraz większą depresję… Słusznie i niesłusznie. Bo nie jest łatwo. Ale się da.

    Masz rację – doba jest ograniczona i da się tam wcisnąć określoną liczbę zadań. Jeśli coś wciskasz – coś musi wylecieć. Tak to działa. Nie da się zrobić wszystkiego.

    Trafiłaś z tym szukaniem rozwiązań, analizowaniem 😀 Tak to z kolei u mnie działa odkąd pojawiła się Zuzanka 😉 Myślę, że sporo z tego, co osiągnęłam od czasów ciąży to zasługa właśnie tego „nie da się”. Chciałam pokazać, że się da 🙂 I jednocześnie baardzo tego potrzebowałam 😉

    1. Dzięki za ciepłe słowa! Bardzo mi miło 🙂

      Czytałam wywiad z Tobą na http://www.messyhead.pl i zastanawiałam się jednocześnie ile jeszcze takich kobiet jest gdzieś poukrywanych? Myślę, że mówienie o tym, co się robi i jak, o rezygnowaniu z jednego, żeby drugie zrobić itp. jest super i że to taki rodzaj misji: wychodzić i zachęcać, pokazywać, że nie zawsze jest idealnie, że czasem człowiek się boi, ale potem okazuje sie, że nie ma czego.

      Powodzenia w rozkręcaniu firmy, w wychowaniu, w pracy, w prowadzeniu satysfakcjonującego, smakującego życia!

      1. Jak najbardziej 🙂 Zresztą, co tu dużo mówić, sama myślałam, że to wszystko jest łatwiejsze. Choćby blogowanie. Teraz wiem, że to ciężka praca, a sukcesy jakie odnoszą niektórzy muszą być naprawdę okupione niesamowitą ilością ciężkiej pracy. A tylko czasem fartem 😉 Z boku wygląda to łatwiej… jak pewnie wszystko 😉 I zawsze trzeba wybierać: co jest ważniejsze w danej chwili?

        I dziękuję <3 I wzajemnie :* 😉

  3. Jaki cudowny wpis! Dzięki za szczere podzielenie się, bez owijania w bawełnę i z konkretnymi wskazówkami, co warto odpuścić. Wszystkiego dobrego! I może do zobaczenia w Krakowie 😀

  4. Czytam Cie i mam deja vu. Dziś w firmie powiedziałem, dzień w którym uznam, że wiem już wszystko, to będzie dzień na to, by palnąć sobie w łeb, albo zmienić robotę (bo będę już tak beznadziejnym bufonem, że nie mam tu nic do roboty). Przy okazji, szczere gratulacje determinacji i wewnętrznej spójności w każdym wymiarze!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *